- Aha, może pójdę na zakupy lub do biblioteki. – myślałam na głos - wrócę
wieczorem to pewne – dodałam stanowczo. Rodzice zaczęli się śmiać. Wiedzieli co
powiem, znają mnie nie od dziś.
Zaczęłam pałaszować swoje
śniadanie, przysłuchując się rozmowie rodziców na temat świąt. Po chwili jednak
skończyłam, a do kuchni wpadł Austin. Dwunastolatek usiadł na swoim miejscu –
tuż obok mnie - i zabrał się za swój posiłek. Sprzątnęłam po sobie i poszłam do
góry.
Jest godzina 12:37 więc w
każdej chwili niechciani goście mogą przyjść. Muszę się z tąd ulotnić jak
najszybciej. Zabrałam swoją brązową torbę i zeszłam na dół. W korytarzu
założyłam zimowo-jesienny płaszczy i brązowe botki.
- Gdzie idziesz? – w progu stanął tata
- Jak najdalej od Colinnsów. Pójdę na kawę a potem do biblioteki. Nie
martwcie się, pa – pomachałam mu i wyszłam z domu. Mój cel – Starbucks.
Po 10 minutach drogi byłam
już na miejscu. Weszłam do kawiarni, rozglądając się w poszukiwaniu wolnego
miejsca. Moją uwagę przykuł jeden stolik, a właściwie jedna osoba. Brązowe
włosy, lekko zaczesane do góry i te piękne niebieskie oczy. Nie, to nie
możliwe, że to on. Jego ubranie – koszulka w paski i czerwone rurki –
potwierdziły moje przypuszczenia. To Louis, moja marcheweczka.
Moje myśli prysły jak
bańka, kiedy zobaczyłam jego towarzyszów. Brązowe loki, zielone tęczówki i ten
uśmiech – Harry. Gdyby to był koniec. Na kolanach marchewki siedziała szczupła
brunetka. Nie będę kłamać – jest śliczna. Dziewczyna szeptała coś Louisowi na
ucho, a już po chwili wbiła się w jego śliczne malinowe usta. Poczułam znajome
mi już ukucie w sercu- te same co parę lat temu – a po pliczku zaczęła spływać
słona ciecz.
Stałam jak ta głupia
kretynka i gapiłam się na nich. Otrząsnęłam się dopiero gdy usłyszałam głos
Harrego.
- Hej Katy! – jego mina zmieniła się diametralnie gdy zobaczył, łzy
spływające po policzku. Momentalnie spojrzenie wszystkich osób siedzących przy
stoliku skierowane były na mnie. Z twarzy Lou wyczytałam zaskoczenie,
zmieszanie i … radość? Nie to nie możliwe. Mam już jakieś przywidzenia.
Speszona wybiegłam z
lokalu. Nie zważałam na dziwne spojrzenia przechodnich i łzy, których nie
mogłam zatrzymać. Tak strasznie bałam się tego dnia. Tyle razy wyobrażałam
sobie te spotkanie kiedy go zobaczę po tylu latach. Ale najbardziej bałam się,
że pewnego dnia dowiem się, że znalazł kogoś kogo kocha, a ja nigdy nie będę
mogła się otrząsnąć po tym zdarzeniu. No i co? Tak właśnie się stało. Tak
bardzo chciałabym cofnąć czas i wszystko zrobić tego dnia inaczej. Ale czy
potrafiłabym? Czy podjęłabym inną decyzje niż tą? Czy cierpiałabym mniej gdybym
w tedy tam została? Czasu nie cofnę i odpowiedzi nie znajdę.
- Katy, stój ! – w oddali usłyszałam głos Harrego. Nie zauważyłam
nawet, że biegłam dopóki się nie zatrzymałam. Obróciłam się i zobaczyłam
drewnianą ławkę. Usiadłam na niej i rękawem od bluzki wytarła swoje mokre
policzki.
Harry akurat zdążył do mnie
podbiec i usiąść na ławce. Spojrzałam się w jego oczy. Były piękne, naprawdę.
Zieleń była taka aksamitna i łagodna. Mogłabym tonąć w tej zieleni godzinami –
tak samo jak w pięknym turkusie.. Oprócz pięknej zieleni zauważyłam też coś
jakby troska i niepokój? Czyżby Harry się martwił? A może tylko udaje?
Odrzuciłam te myśli na bok i
bezmyślnie wtuliłam się w tors chłopaka. Płakała, znowu pozwoliłam emocją
wziąć górę. Chłopak przytulił moje zdechłe ciało do swojego, a prawą ręką
głaskał po plecach. Byłam mu w tej chwili cholernie wdzięczna, że nie zadawał
żadnych pytań. Nie wiem czy potrafiłabym w tej chwili o tym mówić.
Jedno jest pewne muszę to w
końcu komuś powiedzieć. Chyba w końcu przyszła pora na wyrzucenie z siebie
wszystkich myśli i ujawnienie prawdy co stało się dwa lata temu w Nowym Jorku..
~ Jeśli przeczytałeś - skomentuj :) ~
pierwsza !
OdpowiedzUsuńjak zwykle super
<3
Dzięki x.
Usuń