środa, 22 stycznia 2014

Chapter IV


- Aha, może pójdę na zakupy lub do biblioteki. – myślałam na głos - wrócę wieczorem to pewne – dodałam stanowczo. Rodzice zaczęli się śmiać. Wiedzieli co powiem, znają mnie nie od dziś.
     Zaczęłam pałaszować swoje śniadanie, przysłuchując się rozmowie rodziców na temat świąt. Po chwili jednak skończyłam, a do kuchni wpadł Austin. Dwunastolatek usiadł na swoim miejscu – tuż obok mnie - i zabrał się za swój posiłek. Sprzątnęłam po sobie i poszłam do góry.
     Jest godzina 12:37 więc w każdej chwili niechciani goście mogą przyjść. Muszę się z tąd ulotnić jak najszybciej. Zabrałam swoją brązową torbę i zeszłam na dół. W korytarzu założyłam zimowo-jesienny płaszczy i brązowe botki.
- Gdzie idziesz? – w progu stanął tata
- Jak najdalej od Colinnsów. Pójdę na kawę a potem do biblioteki. Nie martwcie się, pa – pomachałam mu i wyszłam z domu. Mój cel – Starbucks.
     Po 10 minutach drogi byłam już na miejscu. Weszłam do kawiarni, rozglądając się w poszukiwaniu wolnego miejsca. Moją uwagę przykuł jeden stolik, a właściwie jedna osoba. Brązowe włosy, lekko zaczesane do góry i te piękne niebieskie oczy. Nie, to nie możliwe, że to on. Jego ubranie – koszulka w paski i czerwone rurki – potwierdziły moje przypuszczenia. To Louis, moja marcheweczka.
     Moje myśli prysły jak bańka, kiedy zobaczyłam jego towarzyszów. Brązowe loki, zielone tęczówki i ten uśmiech – Harry. Gdyby to był koniec. Na kolanach marchewki siedziała szczupła brunetka. Nie będę kłamać – jest śliczna. Dziewczyna szeptała coś Louisowi na ucho, a już po chwili wbiła się w jego śliczne malinowe usta. Poczułam znajome mi już ukucie w sercu- te same co parę lat temu – a po pliczku zaczęła spływać słona ciecz.
     Stałam jak ta głupia kretynka i gapiłam się na nich. Otrząsnęłam się dopiero gdy usłyszałam głos Harrego.
- Hej Katy! – jego mina zmieniła się diametralnie gdy zobaczył, łzy spływające po policzku. Momentalnie spojrzenie wszystkich osób siedzących przy stoliku skierowane były na mnie. Z twarzy Lou wyczytałam zaskoczenie, zmieszanie i … radość? Nie to nie możliwe. Mam już jakieś przywidzenia.
     Speszona wybiegłam z lokalu. Nie zważałam na dziwne spojrzenia przechodnich i łzy, których nie mogłam zatrzymać. Tak strasznie bałam się tego dnia. Tyle razy wyobrażałam sobie te spotkanie kiedy go zobaczę po tylu latach. Ale najbardziej bałam się, że pewnego dnia dowiem się, że znalazł kogoś kogo kocha, a ja nigdy nie będę mogła się otrząsnąć po tym zdarzeniu. No i co? Tak właśnie się stało. Tak bardzo chciałabym cofnąć czas i wszystko zrobić tego dnia inaczej. Ale czy potrafiłabym? Czy podjęłabym inną decyzje niż tą? Czy cierpiałabym mniej gdybym w tedy tam została? Czasu nie cofnę i odpowiedzi nie znajdę.
- Katy, stój ! – w oddali usłyszałam głos Harrego. Nie zauważyłam nawet, że biegłam dopóki się nie zatrzymałam. Obróciłam się i zobaczyłam drewnianą ławkę. Usiadłam na niej i rękawem od bluzki wytarła swoje mokre policzki.
     Harry akurat zdążył do mnie podbiec i usiąść na ławce. Spojrzałam się w jego oczy. Były piękne, naprawdę. Zieleń była taka aksamitna i łagodna. Mogłabym tonąć w tej zieleni godzinami – tak samo jak w pięknym turkusie.. Oprócz pięknej zieleni zauważyłam też coś jakby troska i niepokój? Czyżby Harry się martwił? A może tylko udaje?
     Odrzuciłam te myśli na bok i bezmyślnie wtuliłam się w tors chłopaka. Płakała, znowu pozwoliłam emocją wziąć górę. Chłopak przytulił moje zdechłe ciało do swojego, a prawą ręką głaskał po plecach. Byłam mu w tej chwili cholernie wdzięczna, że nie zadawał żadnych pytań. Nie wiem czy potrafiłabym w tej chwili o tym mówić.
     Jedno jest pewne muszę to w końcu komuś powiedzieć. Chyba w końcu przyszła pora na wyrzucenie z siebie wszystkich myśli i ujawnienie prawdy co stało się dwa lata temu w Nowym Jorku..


                        ~ Jeśli przeczytałeś - skomentuj :) ~

2 komentarze: